09 listopada 2017

Barwienie wełny

Moje dotychczasowe dziewiarskie życie polegało tylko i wyłącznie na tworzeniu ubrań, a czasem dodatków do domu. Nigdy nie przyszło mi na myśl, aby zabawić się w barwienie włoczek.
Czas wiec to nadrobić...

Tutaj możecie zakupić gotowe zestawy do farbowania, z których ja korzystałam - https://www.biferno.pl/pl/c/WLOCZKI-DO-BARWIENIA/794.

Tak wygląda zestaw. W środku znajduje się 10 dkg motek 100 % wełny - 400 metrów, ulotka i zestaw naturalnych barwników do farbowania. W moim przypadku był to cukier, wapno i proszek indygo.


Dzień przed zabawą, włożyłam wełnę do naczynia aby dobrze się namoczyła. Wodę po prostu nalałam prosto z kranu.


 Barwnik również wymieszałam z wodą i zostawiłam na noc. Teraz jednak wydaje mi się, że zrobiłam błąd, ale to wyjaśnię Wam później.




 Następnego dnia rozpuściłam te dwa białe proszki w wodzie, ale ku mojemu zaskoczeniu zrobiła mi się biała pasta... !


Ja, jako zupełny nowicjusz w tej dziedzinie, byłam bliska zejścia na zawał... ;-) ale jak to mówią "co cie nie zabije, to cie wzmocni", dlatego też wzięłam się w garść, zasięgnęłam kilku porad (Iwona Eriksson i Monika Łukomska - ukłony dla Was dziewczyny) i jakoś poszło....
Powstałą pastę rozpuściłam w większej ilości wody i dodałam barwnik.

Tutaj właśnie popełniłam ten błąd, o którym wspominałam wcześniej, tak mi się przynajmniej wydaje. Ponieważ nie znam włoskiego, a instrukcja jest właśnie w takim języku, wydedukowałam, że proszek indygo powinno się najpierw wymieszać z wapnem, a następnie rozpuścić w wodzie i tak powstałą pastę wymieszać z woda i dodać cukier. W sumie to też nie jestem pewna czy taka kolejność miała jakieś znaczenie i ten mój błąd był faktycznie błędem, no ale cóż, już się tego nie dowiem, chyba że postanowię zrobić jeszcze jedno indygo... ;-) Tak czy inaczej powstał barwnik, który poddałam dalszej obróbce cieplnej.
Całość wymieszałam i podgrzałam oczywiście na oko do temperatury ok 50 st, aż barwnik zmienił troszkę swój kolor na taki ni żółty, ni zielony, ni niebieski... tak podobno ma być.. ;-).


Następnie wyjęłam wełnę z wody, troszkę odciskając aby bardzo nie kapało. Dla pewności położyłam ją jeszcze na chwilkę na pieluchę tetrową. 



 Po krótkim czasie przeszłam do sedna sprawy, czyli do barwienia.
Wilgotną włóczkę, powoli włożyłam do podgrzanego barwnika. Zrobiłam to dosłownie na chwilkę, może jakieś 15 sekund i wyjęłam. Odczekałam kilka sekund, trzymając wełnę cały czas nad garnkiem, i dla pewności, wszak ja niedoświadczona jestem, zanurzyłam wełnę jeszcze raz i wyjęłam.

Kolor który, zaczął się pojawiać na moich niteczkach, sprawił, że emocje jakie mi od poprzedniego dnia towarzyszyły, zaczęły powolutku opadać. Nie do końca jednak, bo po jakimś czasie, kiedy wełna powoli wysychała, zaczęła się robić dosyć szorstka w dotyku. I tu znowu emocje dały o sobie znać. Co ja zrobię jak tak zostanie, pomyślałam, bo przecież delikatność nitki przy dzierganiu to podstawa. Kilka razy nawet przepłukałam włóczkę w letniej wodzie a nawet dodałam troszkę płynu do zmiękczania ale nic to nie dało...


Musze powiedzieć, że troszkę też pomógł mi tłumacz "wujek Google". Doczytałam się w tej instrukcji coś o occie. I tutaj chętnie dowiem się od Was, co ocet ma wspólnego z barwieniem włóczek ale ja ze swojego już doświadczenia mogę powiedzieć, że ocet nadaje miękkości wełnie. Wymieszałam ocet z wodą w proporcjach 1:1 i zamoczyłam w takim roztworze włóczkę na jakieś 15 minut. Po wyjęciu i odczekaniu aż wełna trochę podeschnie, okazało się, że szorstkość zniknęła, a wełna stała się mięciutka jak przed barwieniem....


Po dwóch dniach suszenia, wyszedł mi taki piękny moteczek wełny, z którego jestem mega dumna i muszę przyznać, że jak w trakcie barwienia miałam ogromnego stresa i myślałam jak by tu szybko zakończy ten eksperyment, tak teraz chętna jestem jeszcze coś ufarbować.... :-)




Teraz już mogę z czystym sumieniem polecić taką formę zabawy i stwierdzić, że nawet takie karkołomne barwienie może sprawić dużo radości i satysfakcji, a co najważniejsze mam pewność, że moja dzianinka będzie 100% naturalna (zarówno wełna jak i jej kolor).
Polecam gorąco i czekam na komentarze, co zrobiłam nie tak, albo może inaczej, co udało mi się zrobić dobrze.. ;-). Bardzo proszę o wyrozumiałość, jak wiecie był to mój pierwszy raz...;-)

27 października 2017

Sweterek z Key West

Uwielbiam bawełnę... a gdy zobaczyłam ją w takiej odsłonie nie mogłam się oprzeć  i musiałam z niej coś na szybko wydziergać. Wiedziałam, że tempo będzie błyskawiczne bo i nitka ku temu sprzyjała. Tak powstała tunika na wakacje ale nie o tym ma dziś być...

Basia wymyśliła sobie sweterek własnie z grubej włóczki, bardzo prosty i w delikatnych, pastelowych kolorach. Szybko pomyślałyśmy o bawełnie Key West, a że kolory sweterka, którym inspirowała się Basia, pokrywały się z tymi, jakie oferuje nam ta włóczka, więc nie było dużego problemu z wyborem. Na tonikę weszło 5 motków ale dziergałam 8 i do tego ażurami, które pod wpływem ciężaru bawełny, rozciągają się, to też na sweterek gładkim wzorem i na mniejszych drutach zabrałam o dwa motki więcej. W sumie 5 motków niebieskiego, 1 różowego i 1 białego.

Dzierganie zaczęłam od dołu, żeby w rękawie ładnie odejmować oczka aż do ramion. Wiem, że ta niepozorna linia zamykanych oczek, sprawia Wam dużo radości, wiec postanowiłam też pokosić się o wzór na tą dzianinę. Nie jestem specem w tworzeniu wzorów i szczerze mówiąc nie przepadam za tą formą tworzenia ale czego się nie robi dla kochanych czytelniczek i osób od których słyszy się i niejednokrotnie czyta tak przesympatyczne słowa. Mam nadzieje, że choć trochę ten wzór ułatwi Wam przyjemne chwile z rękodziełem i pomoże stworzyć podobne sweterki.

Niestety ma złą wiadomość jeśli chodzi o zdjęcia. Jakoś nasz czas się gdzieś zaplątał, a pamieć zrobiła psikusa i nie ma sesji... Mamy dla Was tylko dwa zdjęcia ale za to na Basi, a nie na manekinie, więc bądźcie łaskawe. Mam nadzieje, że pogoda jeszcze w tym roku dopisze i uda się kliknąć kilka fajnych ujęć na zewnątrz. Wtedy niezwłocznie je tutaj umieścimy.



27 września 2017

Kocyk i zestaw zimowy dla maluszka

Na wstępie chciałam Was z góry przeprosić, ale w tym poście będzie bardzo mało zdjęć...

Dzianinki, które ostatnio wydziergałam, były robione dosyć szybko i też szybko powędrowały do właściciela. Wiecie jak to jest robić prezent na ostatnią chwile, a to jeszcze zrobię czapeczkę, zostało trochę włóczki to jeszcze dorobię szalik, a później jedzie się w odwiedziny i nie ma już czasu na zrobienie fajnych zdjęć. Tak sobie teraz myślę, że dobrze że zrobiłam chociaż te, bo w innym razie nie byłoby co pokazać i nie dowiedzieli o istnieniu takich fajnych dzianinek ;-)

Kocyk zrobiłam z 3 motków włóczki Niniette na drutach nr 7 mm. Pomimo, że jest to w większości akryl to włóczka jest niezwykle milutka i świetnie nadaje się właśnie na kocyki dziecięce.





A teraz zaprezentuje Wam komplecik jesienno-zimowy z bawełny Nuovo Jaipur.
Czapkę zrobiłam wzorem ściągaczowym (2 o.p./2 o.l.), natomiast szalik to kostki prawe, lewe oczka (5 o./8 rz.). Całość pochłonęła bodajże 1,5 motka, druty nr 3,5 mm.













20 września 2017

Szal z vipa

Szale to chyba te robótki, od których najczęściej zaczynają swoją przygodę początkujące dziergaczki... W moim przypadku też tak zapewne było, choć muszę przyznać, że tego nie pamiętam.
W takie dzianiny obfituje też jesienne dzierganie, ze względu na zbliżającą się zimę. Ja również o taką robótkę się pokusiłam.

Na prośbę Basi wydziergałam szal w jodełkę dla mężczyzny. Druty nr 8 mm, 500 oczek i 3 motki włóczki Vip. Wyszło z tego całe 2 metry na 20 cm szala.

Identyczny szal już kiedyś zrobiłam, tutaj możecie go zobaczyć i porównać, który ładniejszy...