20 listopada 2013

24-godzinny pobyt w Mediolanie i Tollegno

Pewnie większość z Was wie, że nadal trwają prace nad trzecią chanelka...;-) Ciągle coś staje na drodze. Kolejną rzeczą, która sprawiła, że przeciągnie się jej skończenie, była CUDOWNA podróż do Włoch. Choć 24 godziny to bardzo niewiele na zwiedzenie Mediolanu i fabryki Lana Gatto w Tollegno, to jednak wystarczyło, żeby choć troszkę przybliżyć Wam te miejsca i przedstawić w jaki sposób powstają piękne moteczki, które na końcu swojej drogi trafiają do Waszych rąk. Chciałam też podzielić się z Wami moimi przeżyciami i pokazać jak ta wyprawa wyglądała z mojego punktu widzenia. Muszę powiedzieć, że dla mnie była to pierwsza podróż samolotem i to od razu do serca świata mody a przede wszystkim do świata Lana Gatto, co dla dziergającej osoby jest czymś wspaniałym.


Druty też miały swój udział w "odstresowaniu" :)
Co do samego lotu, to czekając na lotnisku nie miałam jakichś większych oporów przed wejściem do tej dużej maszyny, nawet nie mogłam się tego doczekać. Start jak i lądowanie przeżyłam bez większych dolegliwości, a mówiąc więcej - polubiłam to bardzo. Szkoda tylko, że podróż odbywała się w godzinach wieczornych,. Nie miałam więc możliwości zrobić zdjęć z samolotu, czego żałuję, bo obiecałam starszemu synkowi, że pokażę mu jaką ogromną maszyną mama leciała i jak wygląda ziemia z tak dużej wysokości. Często żałuję, że nie sfotografowałam czegoś fajnego, co wydarzyło się w moim życiu, ale dochodzę do wniosku, że zdjęcia mogą się zniszczyć lub niektórych nigdy nie przeglądniemy drugi raz, a wspomnień nam nikt nie odbierze... To co przeżyłam to moje! Po wylądowaniu na lotnisku udałyśmy się autobusem do naszego hotelu. Pomimo późnej pory (22.00) ruszyłyśmy do centrum miasta, żeby zobaczyć jak najwięcej. Pierwszym celem było zobaczyć gotycką katedrę Il Duomo najeżoną wieżyczkami. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu jak ogromna jest ta budowla.


       

A tak na marginesie, obiecałyśmy, że kolorowe czapki zrobione ostatnim czasem, zobaczycie na naszych głowach, no i są.


 
Czapki, które mamy na sobie wykonane zostały z włóczek Berretto, a komin, który ma na sobie Basia z włóczki Tanaro


Płaszczyk z włóczki Niger
 W zderzeniu z klasyką Włoszek i ich stonowanymi strojami, nasze czapki bardzo nas wyróżniały.
 Zdjęcia nocne niestety nie oddadzą rzeczywistości tak dokładnie. Obok Duomo znajduje się symbol bogactwa i elegancji miasta - XIX wieczna Galeria Vittorio Emanuele II. Ciekawostką jest to, że w centralnym punkcie jej mozaikowej posadzki znajduje się wizerunek byka. Ludzie wierzą, że obrót na pięcie o 360 stopni w miejscu genitaliów przyniesie szczęście na całe życie...! Szczerzę mówiąc byłam tak zafascynowana witrynami z napisem Prada czy Louis Vuitton, że zapomniała o zagarnięciu choć troszeczkę szczęścia dla siebie. Choć myślę, że akurat ja mam go wystarczająco. Już sama obecność tam jest tego dowodem...



Struktura galerii bazuje na kształcie krzyża, a nad środkową jej częścią znajduję się ogromna kopuła z żelaza i szkła. Natomiast pod kopułą można znaleźć wspomnianego wcześniej byka.



                            

Wchodząc do wnętrza budynku i patrząc na tę wyjątkową podłogę, ma się wrażenie, że jesteśmy w przepięknym, zabytkowym  zamku. Co więcej, dziwny zbieg okoliczności łączy wielkie osobistości związane z tą budowlą. Dokładnie w dzień przed wielkim otwarciem, architekt, który zaprojektował całość, zmarł w tragiczny sposób. Przyczyniła się do tego ostateczna kontrola szczegółów. Architekt, chcąc wszystko dopiąć na ostatni "guzik", wspiął się na strukturę budynku, z której spadł. Również król Vittorio Emanuele II, którego imię nosi galeria, zmarł 10 dni po inauguracji, która odbyła się 1 stycznia 1878 roku.


I mała przerwa na jeden rządek :)

Niestety nie dotarłyśmy do innego wspaniałego miejsca w Mediolanie, a mianowicie najsłynniejszego teatru operowego - La Scala, znanego z wyjątkowej akustyki i eleganckiego wnętrza. Czas tak szybko biegł, że musiałyśmy niestety wracać. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się coś przekąsić, choć wydaje mi się, że akurat to słowo nie pasuje do Włochów. Oni po prostu celebrują posiłki w wyjątkowy sposób. Potrafią godzinami rozmawiać ze sobą nad talerzem. Wracając do naszego posiłku, będąc we Włoszech, nie mogłam nie spróbować pizzy. Podobno nie powinno się jeść przed snem, a zwłaszcza o północy ale co mi tam....! raz się żyje...!




Basia i jej makarony :)

Następnego dnia w miarę możliwości, szybka rundka po pobliskich sklepach w celu zakupienia choć małej pamiątki przypominającej Mediolan. Gdy się ma dwoje dzieci to pamiątką zazwyczaj jest jakiś mały ciuszek. Jestem osobą praktyczną i nie kolekcjonuję figurek, obrazków czy tego typu rzeczy. 



Byłam też pod wielkim wrażeniem, małych, lokalnych sklepików w wąskich, klimatycznych uliczkach. Zachwyciły mnie także małe atelier-y znanych i mniej znanych projektantów mody. Naprawdę tworzą niesamowitą atmosferę





na końcu naszej ulicy ukazały się nam też bardzo nowoczesne wieżowce

Gdzie my to jesteśmy? Chyba się zgubiłyśmy...
Poniżej możecie zobaczyć, jakie fajne stragany spotkałyśmy na ulicy przy której mieszkałyśmy. Przypominały mi bardzo nasze polskie stoiska z regionalnymi wyrobami.


Targ uliczny z rękodziełem, który zatrzymał nas na dłuższą chwilę..




Witryny sklepowe z ekspozycją informującą o składzie surowcowym dzianin to częste zjawisko w Mediolanie


120% len.. len w roli głównej pomysłem na biznes


Chciałam Wam też pokazać co znalazłam na wystawie sklepowej. Piękna czapeczka i sweterek do kompletu, może kiedyś uda mi się coś takiego wydziergać.
                 


Jeszcze ostatnie, wspólne zdjęcie przed odjazdem do Lana Gatto

i ostatni rządek, oj coś nie idzie mi dzisiaj to dzierganie :)



Jeszcze rzut okiem na to co przekąsiłyśmy przed godzinną podróżą z "osobistym kierowcą" z Lana Gatto. Panzerotti to przekąska bardzo pasująca do mojego gustu. Jestem fanką fast foodów, czego nie ukrywam i takie danie to coś dla mnie. Ciasto takie jak na pizze, a w środku ser mozzarella, szynka i świeże pomidory.... pycha!



Następnym etapem naszej podróży był nasz główny cel - fabryka Lana Gatto, o którym Basia dokładnie pisała w poprzednim poście.
Moje odczucia, będąc tam na miejscu, były niesamowite. Pierwszym etapem zwiedzania była sama fabryka, gdzie tworzy się włóczki, począwszy od włókna naturalnego (sierść) aż po ostateczny wygląd motków. Na każdym etapie tworzenia, miałam ochotę taką jedną szpulę zabrać ze sobą do domu... ;-)


Moja kontrola jakości :)




Nic tak nie działa na zmysły jak widok tych wszystkich kolorów w jednym miejscu. Takim pięknym zakątkiem (porównywalnym z wielkimi zabytkami w Mediolanie ;)) był, jak już pewnie wiecie, sklep Lana Gatto, tuż obok fabryki.
Poza fabryką, nie można było nie zwrócić uwagi na przepiękne widoki, otaczające budynki firmy. Uwielbiam takie krajobrazy...



Po obejrzeniu całej fabryki, nadszedł czas powrotu do domu. Ciekawą historie przeżyłyśmy jeszcze pod koniec dnia. Oprócz tego że Mediolan bardzo rzewnie płakał za nami;-) to spóźniłybyśmy się na samolot. Mimo, że kierowca odwiózł nas na lotnisko 45 min przed odlotem, to napotkałyśmy taką długą kolejka do odprawy, że o mały włos zostałybyśmy w Mediolanie. Po przejściu wszystkich kontroli wybiegłyśmy na płytę lotniska gdzie na szczęście był tylko jeden samolot, więc wiedziałyśmy do którego wsiąść...! Zdążyłyśmy tuż przed zamknięciem drzwi! Myślę, że by na nas poczekano, ale przeżycia były nie do opisania, szczególnie, że to moja pierwsza wyprawa samolotem!
Tak właśnie wyglądała moja przygoda w WIELKIM ŚWIECIE! Nigdy jej nie zapomnę!


2 komentarze:

  1. druty w samolocie oczywiście drewniane?
    Zazdraszczam podróży, włóczek i Mediolanu.
    Anka480

    OdpowiedzUsuń
  2. oczywiście drewniane Aniu! ale paradując z nimi po całym lotnisku i w samolocie, miałam wrażenie że zaraz ktoś mi je skonfiskuję, drewno nie jest niebezpieczne ale druty są dosyć ostre, widocznie nie stwarzałam wrażenia osoby niebezpiecznej..;-)

    OdpowiedzUsuń