20 lutego 2014

... podróży ciąg dalszy

Kolejna podróż do Włoch - tym razem na targi, ale o tym już Basia Wam pisała - w tym poście, ja z kolei opowiem jak to wyglądało z mojego punktu siedzenia.
Na początek, nie mogę nie wspomnieć o podróży samolotem, gdyż to moja druga wyprawa takim środkiem transportu, ale już mogę stwierdzić, że jest to dla mnie coś wspaniałego i niesamowitego. Ten moment oderwania się od ziemi, to ciśnienie... uwielbiam to! Pogoda była przyzwoita więc można było podziwiać widoki...


Po przylocie na lotnisko w Bolonii, byłyśmy zachwycone pogodą. Wylatując z Polski żegnały nas okropne mgły, co zresztą napawało nas lękiem o to czy w ogóle dojdzie do skutku ta wyprawa, w ostateczności z godzinnym opóźnieniem ale wystartowałyśmy. A tutaj proszę, ciepło, przyjemnie choć pora wieczorna. 
Na drugi dzień, pogoda również nas rozpieszczała... Taki widoczek do cappuccino i rogalika na śniadanie, bezcenne! 


wschód słońca nad stolicą Toskanii...


Spójrzcie na błękit tego nieba...

                

Przed południem wykorzystałyśmy tą piękną pogodę na małą sesję zdjęciową, którą mieliście okazję zobaczyć przy okazji posta o sweterku Butterfly. Nasz hotel znajdował się przy małym parku, więc plener właściwy. Po skończonej sesji czas przyszedł na to, co było celem naszej podróży czyli targi. Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Te piękne dzianiny, włóczki w kolorowych moteczkach, ci ludzie krążący od stoiska do stoiska... Taka mama jak ja spędzająca cały wolny czas z dziećmi, gotująca obiadki i mozolnie robiąca porządki w domku, nie ma możliwości spotkań z ciągle to nowymi ludźmi, dlatego takie oderwanie się od rzeczywistości i spotkanie tak różnych osób sprawiło, że odżyłam i nabrałam sił i nowych inspiracji na moje robótki.
Wracając z targów, wpadłyśmy do hotelu, mała zmiana garderoby (może ktoś poznaje moją sukienkę... ;-) ), i dalej na podbój Florencji...



Teraz troszkę architektury...


Jak pewnie dla większości turystów, największe wrażenie zrobiła na mnie katedra Santa Maria del Fiore (katedra Matki Boskiej Kwietnej) z największą ceglaną kopułą na świecie. Budowę rozpoczęto w 1296 roku a ukończono w 1436 roku, natomiast neogotycka fasada została ukończona dopiero po blisko 600 latach w XIX w. Żałuję, że nie miałyśmy więcej czasu, bo warto by było wejść na szczyt kopuły i podziwiać niesamowitą panoramę miasta. Można też pokonac 414 stopni i wdrapać się na dzwonnicę Campanile di Giotto, która znajduję się obok katedry. 


czyż to nie wygląda cudownie...!




Ciekawym punktem na mapie miasta jest także jeden z najstarszych budynków miasta. Baptysterium św. Jana - Battistero di San Giovanni powstawało w latach 1059- 1128 w stylu romańskim. Swoją sławę zawdzięcza swym 3 parom rzeźbionych drzwi wykonanych z brązu, a w szczególności ostatnim drzwiom, zwanych "Bamą Raju". Wykonane zostały przez Lorenzo Ghiberti w latach 1425- 1452. 


Jeszcze jedną ciekawą informacją jest to, że miasto leży nad rzeką Arno - z czym Wam się to kojarzy?

Oczywiście nie mogło zabraknąć chwili z robótką w najsłynniejszym miejscu stolicy Toskanii...


Dzień pełen wrażeń, zakończyłyśmy w przemiłym towarzystwie załogi Lana Gatto. Toskańska kolacja z tak przesympatycznymi ludźmi, pozostanie na pewno w mojej pamięci. Do tej pory jestem pod wielkim wrażeniem otwartości tych ludzi. Niestety zdjęć brak....! czego bardzo żałuje. 

Następnego dnia, niestety, trzeba było wracać. Choć samolot miałyśmy dopiero o 16 to do przejechania było ok 100 km, więc nie chciałyśmy ryzykować spóźnieniem takim jak podczas poprzedniego wylotu z Mediolanu. W spokoju dotarłyśmy na lotnisko 3 h przed czasem ;-) Był czas na dzierganie!

Ostatnie zdjęcia to pamiątka dla moich chłopców... miłośników motoryzacji ;-). Z resztą dla mnie to też wielka frajda.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz